Chesterfield, England
Joined April 2009
Ilość autocenzury w internecie jest niesamowita. Rozumiem, że Polska by wybuchła, gdyby Polacy nie wpadali ciągle w skrajności. Ale twórcy internetowi dostali jakiegoś szału. Ścigają się jakie kolejne słowo trzeba wypikać, wykropkować i zaszumić, i wszystko zwalaja na "algorytmy". Tymczasem nikt nie wie jak działają algorytmy, co promują o co odrzucają, bo działają na takim poziomie złożoności, że nawet ci co je wymyślali dawno stracili nad tym kontrolę. Zresztą może to nawet i prawda, ale jak odcinek z serii "historia bez cenzury" ma tytuł "s*x, hajs i opium" to już nawet nie jest śmieszne. Albo kiedy Kamil Janicki (skądinąd bardzo trzeźwy historyk) na swoim kanale historycznym wycina już nie tylko nieprzyjemne wyrazy, ale nawet nazwy narodowości, to zastanawiam się czy wyszło jakieś zarządzenie, że wszystkie programy mają być dla małych dzieci czy co. Bardziej prawdopodobne, że twórcy jednak dostali ataku paranoi, skoro uważają że słowo "sex" i "Żyd" wzbudzają taki niepokój, że nie wolno go wypowiadać w programie o historii, bo od razu przyjdzie cenzor i ich wyłączy. Ryzyko jest? Jest. Zawsze jest. To nie oznacza automatycznie potrzeby dostawania paranoi? Czy to może jakaś polska potrzeba uciekać, chociaż nikt nie goni? Wrodzony strach przed panem? Kamil w którymś odcinku wykazywał, że u dzisiejszych potomków chłopów pańszczyźnianych został w mentalności strach przed batem pana. Więc jak widzę komiks, gdzie ktoś zamazał słowo "baranie", bo za grube, to widzę że Kamil musi mieć rację. Usiłuję zrozumieć jakie rozumowanie stało za taką autocenzurą, ale za grzyba - nie mogę. I teraz już sam się zastanawiam czy może słowo "grzyb" trzeba zamazać. Może mnie algorytm wypromuje jak zobaczy, że jestem grzeczny i sam się walę rózgą po dupie. Nie wiem czy ktoś zbadał wpływ cenzury na poziom marazmu. Za PRL-u wszystko przechodziło przez cenzurę i dzisiaj też wszystko przechodzi przez cenzurę. Z innych powodów, ale efekt podobny: skoro ludzie widzą, że publicznie nie można mówić tego, co się naprawdę myśli, to nie wierzą w prawdziwość jakichkolwiek rozmów. Więc nie rozmawiają naprawdę. Wszystko jest udawane, wszystko jest grą i pozorem. W takim świecie, gdzie nikt nie jest sobą, nikt nie mówi co myśli, gdzie nad każdym słowem trzeba się zastanowić (wolno czy nie wolno?) ciężko nie wpaść w marazm. Dziwię się twórcom, że nie widzą jak ich to zmienia. Z jednej strony strach, z drugiej chciwość - i wyglądasz jak mały szczur. W ogóle szczurze podejście stało się nową polską normą. Chyba z braku nowych ideałów i wizji. Czy Polacy mieli jakiś pomysł na siebie - poza nacjonalizmem? PRL chciał stworzyć coś nowego, ale idealizm był tak oderwany od rzeczywistości, że ludzie się zeszczurzyli. Potem była lekka przerwa w latach 90-tych, odwaga, wolność, prawo do szukania siebie. A później to już tylko gorzej. Pieniądze zeszczurzyły to co jeszcze ludzkie zostało, a internet zadziałał jak wzmacniacz. I teraz nie mam nawet z kim pogadać. Co będę, ze szczurem gadał? A szczury są normą wszędzie: wśród twórców, pracowników, przedsiębiorców. W jednym oku chciwość, w drugim strach, i wieczne uciekanie, zawsze uciekanie, od jednej dziury do drugiej, od tego "co ludzie powiedzą" do "co algorytmy powiedzą". Byle coś wyszarpać, byle nie złapali. Pierdolone szczury. A ten orzeł jako symbol Polski - to chyba w ramach ironii. Ale dobrze że jest: będzie ciągłym przypomnieniem jak bardzo rzeczywistość odstaje od ideału.
22
Zespół zaproponował mi abym został kurwą. Lub też (dla tych wolą język nowoczesny): influencerem współpracującym z markami. Ej, nie ma się co oburzać ani wstydzić, i zupełnie bez ironii to mówię. Większość znanych twórców internetowych jest kurwą i bardzo się z tego cieszą. Praktycznie cały Instagram to jeden wielki burdel. Twórcy się sprzedają biznesowi - i na tym polega współczesny internet. Dla wielu początkujących młodych YouTuberów w ogóle największym marzeniem jest, aby kurwą zostać, czyli żeby jakaś gruba firma wzięła ich na utrzymanie. Pora skończyć z tym świętoszkowatym idealizmem: nie istnieje żaden kodeks etyczny twórców. Sprzedawanie swojego czasu, zaangażowania, wizji i tożsamości, aby klienta za pieniądze zadowolić jest ponadczasową, cenioną i podziwianą formą działalności. Zwłaszcza wśród młodzieży. Ktoś zauważy, że klasyczna prostytucja oznacza sprzedawanie raczej ciała, a influencerska raczej duszy. No i co z tego? Różnica nie jest jakaś dramatyczna, bo ostatecznie chodzi o to samo: żeby robić to, za co klient płaci i żeby być tym, kim klient chce. Krótko mówiąc: chodzi o sprzedawanie siebie. I influencerzy to dokładnie robią. Reszta to szczegóły techniczne. Powtarzam: nie ma tym nic moralnie złego. Każdy ma prawo sprzedawać, to co do niego należy, a każdy ma siebie. Bycie kurwą to nie błąd życiowy. To wybór życiowy. Więc wszystko porządku. Tylko nie rozumiem po chuj muszą używać takiego posranego języka. Mój potencjalny alfons oferuje mi na przykład: plan marki osobistej, pozycjonowanie i naukę pisania scenariuszy, które zatrzymują scroll. I po co taka nowomowa? Ja bym wolał, żeby napisali wprost: nauczymy cię jak robić dobrze kasiastym firmom. Pokażemy jak zrezygnować z własnych pomysłów, własnych wizji i własnej tożsamości, i w to miejsce wprowdzić pomysły, wizje i tożsamość fajne dla klienta. Rób to co się podoba firmie - i wtedy ci więcej zapłacą. Po prostu: nauczymy cię jak być lepszą kurwą. Kurwą profesjonalną. Kurwą skuteczną. Kurwą bogatą. Mnie by to skusiło. Gdyby oczywiście moim nadrzędnym celem artystycznym były pieniądze. Że akurat nie są, to nie skorzystam. Może i głupi jestem, ale tak już sobie wybrałem, dawno temu. Jak na tym wychodzę? No tak jak się można spodziewać: nie mam z pieniędzy z piosenek, z reklam na YouTube mam równe zero. Jem i piję głównie dzięki wam, publiczności - nie dzięki firmom. Biednie jest, bo w Polsce wiele osób uważa, że słuchanie, czytanie i oglądanie za darmo im się należy a artysta żyje powietrzem i mieszka na łące. Taki los nie-kurwy. Coś za coś. Zresztą nikt tu nikogo do niczego nie zmusza, tylko oferuje. I bardzo dobrze. I brawa. Niech żyje kawa. Nie przestawajcie mi dolewać. Jedno tylko co mnie razi, to punkt w ofercie mówiący: "dołączysz do szczerej społeczności twórców". No przepraszam bardzo, ale odkąd świat istnieje, nie było, nie ma i nie będzie czegoś takiego jak szczera kurwa.
62
Dostałem wczoraj takiego maila: "Dzień dobry! Chciałabym Państwa zainteresować..." I tutaj przerwałem czytanie. No bo przecież nie będę czytać cudzej korespondencji. Ktoś ewidentnie pomylił adresata i wysłał do mnie zamiast do państwa. Nie wiem co chce, ale musi mu bardzo zależeć na tym państwie, bo zwraca się z dużej litery. Nie wiem jaki mail ma to państwo, ale musi być podobny do mojego, bo ciągle mi się takie pomyłki przytrafiają. Jak będziecie kiedyś pisać do państwa, to proszę sprawdźcie dokładnie mail, żeby znowu do mnie trafił. Ze mną to nie problem, ja taki mail od razu wyrzucę, ale państwo biedne. Nie dowie się tego, co się miało dowiedzieć. Tak że uważajcie jak piszecie do państwa, bo przypadkiem mail może pójść do człowieka.
45
Jadę sobie rowerem przez miasto, wymyślam słowa następnej piosenki, a tu nagle jak coś nie huknie! Patrzę co to za dźwięk szokujący, a to pani z psami stoi se koło drogi rowerowej i pasie. I to jeden z tych psów mnie tak przestraszył. Myślę se: inteligentna kobita! Specjalnie tutaj stanęła, żeby rowerzystów straszyć. Rowerzysta się przestraszy, spadnie, nogę złamie, a ona nagle: - Czy myślałeś kiedyś co by się stało jakbyś teraz umarł? I on skołowany wciąga się w rozmowę, a ona już mu niebo załatwia, i już człowiek prawie nawrócony. Taka to sprytna Świadkowa Jehowini! Już miałem z podziwu zagwizdać i pogratulować, kiedy nagle słyszę: - A po co tak krzyczysz na Pana? I mówię wam: jak ja się rozczarowałem w tym momencie! Po pierwsze pies nie krzyczy, tylko szczeka. Po drugie nie na Pana, tylko na mnie. Ale po trzecie najgłupsze jest to, że zamiast kazać się psowi zamknąć, tudzież trzasnąć go w dupę smyczą, lub też — jak by to zrobili w Anglii — przeprosić sterroryzowanych przechodniów, to ona z psem się... konsultuje! Prosi go mianowicie, żeby jej wyjaśnił co robi i jaki w tym tkwi zamiar, bo ona pragnie to wiedzieć. Cóż za pomyłkę zrobiłem! Oczy mi się otwarły i przejrzałem: to nie kobieta psa na pastwisko wyprowadza. To pies wyprowadza kobietę! To jasne i oczywiste, jak konstytucja. Pies ma ochotę pogryźć rowerzystów, to nikt mu przecież zabraniać nie będzie. Kobieta nawet nie próbuję, bo kimże ona jest wobec takiego psa? Pyta tylko grzecznie: dlaczego. Nie żeby coś chciała wymusić, ona po prostu chciała się od psa czegoś nauczyć. Niby głupia kobieta, ale jednak zdaje sobie sprawę, kto tu kogo powinien uczyć i wychowywać. Pokorę należy cenić. Ech, i ja tu wszędzie dookoła inteligencji szukam, bo człowiek spodziewa się w ludziach cech podobnych do własnych. A ludzie takie głupie, że własnych psów proszą o wyjaśnienia. No cóż. Następnym razem powiem psu "dzień dobry". Z kobietą gadać nie będę. Jak coś chce wiedzieć, to pies jej w domu wytłumaczy.
50
Bycie dryblasem nie jest dla policjanta tak krytyczne jak było kiedyś. Bo aby skutecznie nacisnąć spust, nie potrzeba być obdarzonym szerokim karkiem. Zwłaszcza w policji. Mam wrażenie, że wielu ludzi nie rozumie co jest największą siłą policji i najskuteczniejszą bronią policjanta. Jest to oczywiście radio. Więc jak ktoś widzi malutką, słabiutką policjantkę i się śmieje, że co ona tu robi, to jest wyjątkowo głupi. Bo jej prawdziwą bronią nie są ani mięśnie ani nawet spust, tylko fakt, że za nią stoi siła całego aparatu państwa, z której może skorzystać. Ty widzisz jedną śmieszną policjantkę z zanikiem mięśni? A ja widzę stojącą za nią całą armię, którą może wezwać, kiedy potrzebuje. Zobaczymy, który z nas okaże się głupi. Kiedy napisałem "spust", to człowiek internetu pomyślał sobie automatycznie: "broń palna". I napisał komentarz typu: "zajmij się lepiej piosenkami", żeby pokazać, że na spustach to on się zna, że hoho. A ja myślę, że się nie zna ani na sputach ani na piosenkach, a najbardziej się nie zna na szukaniu informacji, bo "spust" to owszem, był kiedyś równoznaczny z bronią palną. Na Dzikim Zachodzie na przykład. Albo na wojnie. Ale nie w policji w XXI wieku. W USA, gdzie relatywnie często używa się broni palnej, spust naciska się dużo częściej w taserach (15 razy częściej) i w broni chemicznej (6 razy częściej). W NYPD w 2023 roku używano taserów 30 razy częściej niż ostrej amunicji. Inczej mówiąc: spust oznaczał taser w 97% przypadków. Czyli że spustu używa się w policji, ale spust od broni palnej to jest akurat rzadki wyjątek. Jak w Europie? Podobnie. Strzelania jest generalnie dużo mniej, ale proporcje wyglądają tak samo: spust od tasera jest w użyciu dużo, dużo częściej niż jakikolwiek inny. Ale nawet w USA strzelanie nie jest aż tak częste jak to sobie ludzie wyobrażają. Dane mówią, że 73% policjantów amerykańskich w ciągu całej kariery nie użyło broni palnej ani razu. Po prostu w 2026 używa się innych spustów niż w 1826. Trzeba być na bieżąco, chłopy pańczyźniane. Tak że jak ktoś pisze o naciskaniu spustu w policji, i ma ciut wiedzy i wyobraźni, to chodzi mu prawdopodobnie o taser, ewentualnie gaz. Bo to obejmuje 97% przypadków. A ty jak żadnej informacji nie sprawdzasz, to sobie wierz w co tylko chcesz, nawet w czyściec. Ale nie musisz demonstrować tego w komentarzach z głębokim przekonaniem o swojej wyższości, bo po co wyjść na głupka? Ty sobie wyobrażasz że coś jest powszechne, normalne i oczywiste, a może się okazać, że to 3% przypadków. Bo to tak jakby napisał ktoś, że sobie plik z filmem skopiował z komputera na komputer, a ty się z niego śmiejesz. Że niech się ziomal lepiej zajmie dojeniem krów, bo nie wie o czym mówi: no bo przecież ile by trzeba dyskietek żeby tyle gigabajtów plik przenieść! Nikt nic nie pisał o dyskietkach. Nikt nic nie pisał o broni palnej. Nikt nic nie pisał o czyśćcu. Czytajcie, zanim skomentujecie. Zresztą nic w tym nie ma strasznego, żeby się pomylić. Nawet z najbardziej rzetelną wiedzą i tak jest dużo miejsca na przeoczenia, własne opinie, domysły i żarty. Fajnie sobie pogadać, pokomentować, popatrzeć, co tam inni myślą na ten temat. Nie trzeba się zgadzać. Ale nadęte, agresywne, poniżające komentarze nigdy nie są fajne. Tak samo jak komentowanie autora zamiast tematu. Nawet jak komentujący coś tam wie to jest nieprzyjemne. O ile bardziej, kiedy w głowie ma mocno nieaktualne wyobrażenia i nie zrozumiał tego co czyta.
67
Menzen, ten od Konfederacji, coś ostatnio mówił, że młode kobiety w policji to nieeee. To takie trochę śmieszne i bez sensu. Tak nie za bardzo. Chłop ma być! Wielki, rozrośnięty, mięsisty. No nie wiem, być może praca w polskiej policji przypomina sumo. Albo tramwaj w godzinach szczytu. Może przeciętny policjant trzy razy dziennie rzuca obywatelami o ścianę, jak Arnold. Wszyscy obrońcy menzenizmu robią, zdaje się, takie założenie. Co ja tam wiem. Ja tu nowy jestem. Mi wyobraźnia podpowiada, że masa mięśniowa nie ma takiego znaczenia co w czasach przed wynalezieniem prochu, nie mówiąc już o prądach, gazach i innych takich. Młoda policjantka ważąca 60 kg tak samo skutecznie naciśnie spust, co stary policjant ważący 120 kg. Może nawet szybciej, bo sygnał z mózgu do palca krócej idzie. Nie musi się przedzierać przez beton. Nie wydaje mi się, żebym ja się lepiej nadawał na policjanta niż ona na policjantkę tylko dlatego, że mi inne organy płciowe wyrosły. Ważę niewiele więcej niż ona, ale Mentzen z niej by się śmiał a ze mnie nie. No gdyby tak było, że praca w policji to codzienne zapasy, to powinnien krytykować masę a nie płeć, nie? Kobiety ważące 100kg też przecież istnieją. A nie słyszałem, żeby Mentzen pokrzykiwał ani: "grube baby do policji" ani "wątłe chłopy precz z policji". No albo w jego kurzym móżdżku nie postała myśl, że może istnieć mężczyzna cienki a kobieta szeroka albo też faktycznie ma wizję kobiet z Korwinlandu. Nie wiem o co tu chodzi, ale w obu wypadkach lepiej, żeby taki ktoś niczym nie rządził. Niech lepiej, no nie wiem, piwo sprzedaje albo co.
2
94
W systemowej szkole uczyłem się w tempie żółwia. Większość ludzi uważa, że to jest tempo normalne. Później uczyłem się sam. Okazało się, że bez ograniczeń szkoły uczę się wielokrotnie szybciej. To nie ja byłem taki genialny, to szkoła jest tak do dupy. W miesiąc nauczyłem się więcej rozumieć i mówić po niemiecku niż przez 4 lata szkoły, bo nauczyłem się jak się uczyć. Tak, żeby proces pasował do sieci neuronowej w mojej głowie. Potem Wikipedia się pojawiła i zrobiła skokową rewolucję w dostępie do informacji. Wyszukiwarka Google zrobiła rewolucję w wyszukiwaniu informacji. YouTube i inne serwisy umożliwiły publikowanie niezliczonych tutoriali, lekcji i innych form, do samodzielnej nauki. Nigdy bym się nie spodziewał, że będą istnieć tak fantastyczne narzędzia. Ale i to nie koniec: pojawiły się ostatnio powszechne i tanie sieci neuronowe i zrobiły dodatkowe turbo. Więc gdyby wierzyć autorom SF to powinniśmy teraz przeżywać złoty wiek ludzkości, rozkwit nauki, techniki, wynalazków i kultury. Przewidywali, że gdy każdy będzie miał wiedzę całego świata w kieszeni, kiedy będzie szybka i sprawna komunikacja z każdą osobą na planecie, to oczywiste jest, że ludzie będą wybitni umysłowo jak nigdy w historii. A co mamy? Mamy świat lenii, ćpunów i idiotów. Mamy zaćpanych na śmierć zombie kanapowych przewijających palcem ruchome obrazki. Mamy młodych uzależnionych od patologicznych form rozrywki, aktrakcyjnego wizualnie materiału o poziomie dla małych dzieci. Mamy mózgi w takim stanie jaki się ma po narkotykach. Zdolność do samodzielnego myślenia i decydowania o sobie, która i tak była rzadka, spadła prawie do zera. Istniał znany od wieków pokoleniowy efekt, że starsi czują na plecach oddech młodych. Po raz pierwszy doznał inwersji. Poza kręceniem dupą i robieniem pompek młodzi generalnie nie są w niczym lepsi od starszych. I to nawet w takich dziedzinach jak muzyka widać inwersję: w głowie mi się nie mieści, że nastolatki dzisiejsi słuchają muzyki z lat 90-tych. Czy ja w latach 90-tych wolałem słuchać muzyki sprzed 30 lat niż nowej? No ale co mają dzisiaj ci biedni ludzie słuchać? To ma być muzyka pokolenia: techo i disco-polo? I tak się stało, że w czasach dostępu totalnego do wiedzy i najlepszych narzędzi do nauki jakie kiedykolwiek istniały, ludzie doprowadzili swoje mózgi do ruiny. Do tego stopnia, że poważnie uważają cyfrowe sieci neuronowe za realne zagrożenie na rynku pracy. Ale nawet strach nie jest już stanie przebić się z pomysłem, żeby na przykład użyć iPhone'a do rozwoju umysłowego zamiast do ćpania przez oczy. Ludzie obecnie wierzą, że w człowieku ważne jest tylko jak wygląda, a celem wszystkiego jest to, żeby się pokazać. Na Tinder liczy się tylko ile masz lat i jak wyglądasz. Nic więcej. Tak dziś wygląda dobór naturalny ludzkości i tak wygląda system wartości. Jedna dupa wybiera drugą, kierując się wyłącznie oczami. Ktoś powie: no tak, ewidentnie coś poszło nie tak. A ja myślę, że wszystko poszło dokładnie tak, jak pójść musiało. Nie mogło pójść inaczej. Bo taka jest natura człowieka. Internet wam się nie podoba? A czemu? Normalny internet. Jacy ludzie, taki internet. Same się filmiki nie stworzyły i same się nie oglądają. Natura to jest takie coś, co ludzie w Polsce nazywają normalnością. Mówią: żeby było "normalnie". "Chcę normalną rodzinę". "Obiecujemy wam normalną Polskę". I tak dalej. I nie ma w tym nic dziwnego, że większość beztrosko i bezkrytycznie poddaje się tej naturze. Lepiej się przyzwyczaj. Innej ludzkości nie będzie. Nie w tym życiu. Ale pamiętaj: ty - nie musisz.
2
128
Napisałem coś ostatnio w stylu felietonowym i dostałem reakcję w komentarzu: "bardzo długie". Bardzo długie? Felieton? Bardzo długi to jest Hrabia Monte Christo. No ale niech będzie. W końcu chcę trafiać pod strzechy umysłowe. Będę pisał krótko i prosto w ryj. Otóż Obywatelki i Obywatele! Jesteście de facto analfabetami. Wiecie to, nie? Czytać nie umiecie tak bardzo, że na filmie z napisami musicie mieć lektora, co przeczyta za was. Książki w waszych domach służą do dekorowania wnętrz. A myśl o przeczytaniu 3-minutowego tekstu męczy was tak bardzo, że nawet nie zaczynacie. No bo wiecie, że u was te 3 minuty to będzie 10 minut, a skupienia wystarcza na 30 sekund. Tak bardzo jesteście analfabetami. Ale odkrycie zrobiłem, co? No żadne. Internet miał nas przenieść na wyższy poziom. A zrobił z nas idiotów. No i się tak głupio dziwię. Możecie się dziwić razem ze mną. No i na tym skończę, zanim ktoś napisze: TL;DR
2
1
78
Jedna blogerka co ma 9 dzieci i 2 koty, pisze tak: "żeby utrzymać taką rodzinę muszę w miesiąc zarobić tyle ile większość osób zarabia w rok". No i słusznie pisze. Koty dużo jedzą. I wymienia: "najpierw jest szkoła dla dzieci, potem dom, rachunki, jedzenie, transport i wszystkie zwykłe wydatki, które przy trzynastoosobowej rodzinie po prostu robią się duże. Do tego dochodzą lekarze, zajęcia, ubrania, dokumenty, wyjazdy i rzeczy, których wcześniej w ogóle nie planowaliśmy". I nie, żebym rozumiał po co ona w ogóle to pisze. Po pierwsze to oczywiste a po drugie co to kogo obchodzi. Chciała dzieci, to ma wydatki, zupełnie normalne. Zresztą ona to się cieszy, z tego co wybrała. Zwłaszcza że mieszka sobie gdzieś tam w ciepłych krajach i nie patrzy codziennie na ponure gęby na polskiej ulicy. Dziś jedna polska pani w polskim sklepie wszczęła wojnę, że ma być jedna kolejka a nie dwie. "No problem" - powiedziałem ja, Anglik, i się uśmiechnąłem. "Niet problema" - powiedziały dwie Ukrainki i się uśmiechnęły. Polska pani nie umiała sobie poradzić z taką rzeczywistością. Wybuchł jej mózg i trzeba było mopem sprzątać. A co do dzieci i trudnego życia, jest w tym dziwnym kraju jakaś moda na robienie dzieci, chwalenie się dziećmi a potem narzekanie, że dzieci są drogie i zabierają cały czas. Polacy generalnie robią bardzo mało dzieci, i za to muszę pochwalić. Pragmatyczni, praktyczni ludzie jednak. Wielu ludzi wyczuwa, że życie w bloku w 2026 to co innego niż bycie chłopem we wsi w 1850. Mają rację. Wtedy dzieci to był niski koszt, duży pożytek, a teraz odwrotnie. Z małżeństwem zresztą podobnie. Mimo to dalej w Polsce panuje klimat, jakby człowiek się zaczynał dopiero wtedy jak ma ślub i dzieci, tak jakby to był oczywisty cel i sens życia każdego jednego stworzenia. Ulgi, promocje, nawet kampanie wyborcze są kierowane do mężów i żon z dziećmi - a tych jest coraz mniej. Hasła na papierze toaletowym: "dla ciebie i twojej rodziny", jakby chcieli wkurwić tych wszystkich z nas, którzy z różnych powodów nie mają modelowego życia. A jest nas większość. I mamy więcej wolnych zasobów, czasu i pieniędzy. Ten rozdźwięk między mediami a rzeczywistością będzie tylko rósł. Bo młodsze pokolenie na pewno nie będzie bardziej małżeńsko-dzieciate. Takie rzeczy wymagają sporych umiejętności kontaktów poza internetem, a młodych ludzi taka perspektywa przeraża. Częsty widok jak jeżdżę motorem po Polsce: przystanek, dwadzieścia sztuk licealistów obok siebie. I cała dwudziestka z głowami w dół zanurzona w komórkę. Zmierzyłem natężenie przyciągania międzypłciowego. Oscyluje w granicach zera. Dni ZUS są policzone. I ponieważ jest jak jest, chciałbym wbrew obowiązującej hipokryzji, głośno i odważnie zachęcić do życia bez dzieci. Do tego nie trzeba zachęcać. Ale trzeba zachęcić, żeby przestać się tego wstydzić, czuć winnym. Panowie, panie, koleżanki, towarzysze: wybraliście sensownie. Nie dajcie sobie wmówić hipokrytom, że coś z wami nie tak. Z wami wszystko w porządku, to z nimi coś nie tak! Matka pisze, że wydaje w miesiąc tyle co inni w rok? To ty napisz, że wydajesz w miesiąc tyle co inni w dwa tygodnie. Ona głośno narzeka? Ty się głośno pochwal. Masz takie samo prawo do publikowania swojej radości jak ona do publikowania swojej tragedii. Mówi ci, że "szkoła dla dzieci, dom, rachunki, jedzenie, transport"? A ja za (tfu) szkołę nie płacę, mieszkanie mam malutkie, rachunki niskie a transport rowerowy. Nie dość że za darmo to jeszcze fitness w cenie. Dlaczego? Bo nie mam dzieci! Są ludzie co nie spali porządnie przez 3 lata. Są ludzie co nie mają jednego dnia w tygodniu na kompletny luz i relaks, jak Pan Bóg przykazał a naukowcy aprobuja. Są ludzie co mają w mieszkaniu krajobraz po bitwie na stałe. Są ludzie, w których życiu codzienne pozbywanie się gówna odgrywa wielką rolę. Bo mają dzieci! Skoro ci ludzie promują to bezwstydnie jako model życia, to promujmy brak dzieci jak lepszy model. Odważnie. Nawet Jezus jest po naszej stronie: on też nie miał dzieci. Na wątpliwości odpowiedź jest: prawda, że teraz gówno, ale później będzie raj. Mało to realistyczne. Ja słyszę częściej o problemach z dorosłymi dziećmi niż z małymi. W zdecydowanej większości przypadków dzieci, kiedy dorosną, staną się nieustającym źródłem zmartwień i kosztów. Nie ma się co łudzić: rośnie pokolenie niezaradnych, słabych i roszczeniowych płatków śniegu, o które trzeba się bezustannie troszczyć, dbać i ratować. Trzeba będzie pracować na nich. Trzeba będzie za nich płacić. Narkotyki, terapie, depresje i mieszkanie z rodzicami do czterdziestki - to nie jest wyjątek, to jest standard. Jeszcze będziesz tęsknić do dni, kiedy wszystko było obsrane i nie spałeś od trzech lat. Czujesz więc, że jest potrzeba bardzo głośno krzyczeć, że pięknie mieć dzieci, że dobrze mieć dzieci, że trzeba mieć dzieci. Że jak ktoś dzieci nie ma to biedaczek albo nienormalny. Albo co gorsza: Inny. Tak głośno musisz krzyczeć, żeby samemu uwierzyć. To tak jak ze studiami: jak studiowałeś 5 lat i zostałeś magistrem pierdołologii to niby masz świadomość, że mogłeś w tym czasie podróżować, poznawać siebie, poznawać ludzi, nauczyć się dwóch języków i popróbować pracy w pięciu zawodach. Ale nie chcesz tego wiedzieć. Dlatego krzyczysz głośno o tym, jakie to dobre studia były, jakie to wartościowe być pierdołologiem magistrem, i jakże dobry pomysł to był, żeby wykorzystać cenny dar życia na stworzenie pracy magisterskiej pod tytułem "pierdołologiczna domniemanologia społeczna w Dupodołach Dolnych". Krzycz o tym, chwal się tym, i każdemu kto zgłasza wątpliwość, odpisz w komentarzu "nie wiesz o czym mówisz, ty chuju". Lub, jeżeli jesteś magistrem: "pan nie wie o czym pan mówi, ty chuju". A tak naprawdę to oczywiście, że fajnie mieć dzieci, które kochasz i które ciebie kochają. Ale to pięknie się mówi, a w rzeczywistości taka miłość to rzadkie zjawisko. Ludzie tak bardzo chcieliby widziać tą miłość, że mylą ją ze wszystkim innym: przywiązaniem, przyzwyczajeniem, instynktem, poczuciem winy, poczuciem obowiązku, strachem przed samotnością. To są bardzo trudne sprawy, bolesne jak cholera i niedobrze się w nie mieszać bez zaproszenia. Mało kto chce i potrafi widzieć rzeczy takimi, jakie naprawdę są. Czy warto powalczyć? Zaryzykować? Takie pytania są często stawianie nieuczciwie. Bo to nie jest tak, że albo będziesz rodzicem albo niczym, że to jedyna szansa w życiu na miłość i wartościowe życie. I ja nie przeciwko miłości tu występuję. Ja jej z całej siły bronię. Ja tu występuję przeciwko koncepcji, że dzieci to jest najlepsza i oczywista metoda na miłość i wartość. Nie, nie jest, absolutnie nie jest! Nie jest to ani oczywista droga, ani nie jest najlepsza, ani nie jest jedyna. Jest tak samo ryzykowna i pełna pułapek, jak wszystkie inne. Jest niestety mocno zakłamana. I zdecydowanie najbardziej kosztowna ze wszystkich. Więc uspokójcie się z tymi dziećmi, opanujcie się ze zdjęciami, przestańcie macierzyństwo podsuwać wszystkim pod nos, jakby to był kawior z szampanem. Jest zupełnie w porządku mieć dzieci, jest zupełnie w porządku ich nie chcieć. Kto szuka przyjaźni, miłości, towarzystwa, ten ma wiele innych możliwości. Bezdzietny Jezus mi świadkiem.
1
137
Jestem w trakcie instalowania się w nowym mieszkaniu. Początki są takie jak zawsze: sto różnych rzeczy do załatwienia. Ale dużo z nich to takie drobiazgi: zawiasy w szafach są niedokręcone, klamka zgubiła gwoździa i wylatuje, drzwi się nie domykają, bo zawiasy są stare, takie tam. Albo na przykład lodówka. Stoi obok blatu, bo mam naprawdę małe mieszkanie i to jedyne miejsce. Zmiesciła się idealnie w jedyne wolne miejsce, ale otwiera się w bezsensownie niewygodną stronę. W ten sposób, że kiedy coś kroisz to nie sięgniesz do środka ręką. Musisz obejść lodówkę i sięgnąć z drugiej strony. Gdyby drzwi od lodówki otwierały się w drugą stronę, byłoby o niebo wygodniej. Przyjrzałem się dokładnie lodówce i widzę, że jest tak zaprojektowana, żeby można te drzwi założyć odwrotnie. Niektóre lodówki tak mają. Akurat na taką trafiłem. Miałem dziś akurat godzinę czasu, więc wyciągnąłem narzędzia, rozkręciłem lodówkę, pozamieniałem zawiasy miejscami i zrobione. O ileż wygodniej! Zastanowiło mnie jedno: że przede mną żyli tutaj ludzie. Od roku mieli tę lodówkę otwierającą się w bezsensowną stronę. Czemu tego nikt nie polepszył? Pewnie się przyzwyczaili. Pewnie sobie powiedzieli: jest jak jest, musimy nauczyć się z tym żyć. Trzeba znosić upierdliwości życia. A ja nie chciałem się nauczyć ani znosić. W moim kodeksie wewnętrznym wprogramowałem sobie stałe zadanie: "czyńcie sobie ziemię poddaną". To dotyczy też lodówki. Lodówka jest dla mnie, a nie ja dla lodówki. Więc uczyniłem ją sobie poddaną. Lodówce też to odpowiada. Przypomniało mi to wszystko, że tak często widziałem, że ludzie żyją z rozmaitymi problemami, a tak prosto można je naprawić. Ale nie chcą. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie nie chcą naprawiać swojego życia. Dalej nie mogę zrozumieć. Rozumiem, że łatwiej się pogodzić ze wszystkim, co nam w życiu nie pasuje, łatwiej nie naprawiać. Ale człowiek jest rozumny. Więc potrafi zauważyć, że godzina wysiłku teraz da w wyniki dziesięć tysięcy godzin lepszego życia. Ale odrzucają rozum. Czy są tak uzależnieni od status quo czy tak sprawni w okłamywaniu samych siebie (kiedy tam się wezmę i się naprawi)? A może ich problemy życiowe stały się ich najlepszymi przyjaciółmi, ukochanymi towarzyszami życia i teraz żal im tracić przyjaciół? Czy może zwyczajnie nie wpada im do głowy, że mogą wziąć swoje życie w swoje ręce, zamiast godzić się na wszystko? Czy ty też nauczyłeś się żyć z tym, co ci nie pasuje? No to wyjaśnij mi. Dlaczego?
67
W ramach uwspółcześniania klasycznych powieści i adaptowania na kulturę współczesną, myślę, czy nie dołączyć. Ach, niechaj mnie niesie fala mody. Proponuję powieść "Brodnia Ikara". Będzie to historia rodzeństwa transpłciowej Dżesiki, która zmieniwszy płeć przyjęła imię Ikar, zmieniła zaimek i zapuściła brodę symbolizującą wolność oraz postęp społeczny. Cierpią teraz oni prześladowania ze strony społeczeństwa, kościoła oraz lokalnego Koła Gospodyń Wiejskich z powodu owej brody. Tylko nie wiem czy jest zainteresowanie. Widzę tu książkę bądź scenariusz. Gdyby pojawiło się bogaty mecenaszyni sztuki, niech da znać. Albo dają.
50
Napisałem, że życie dziś, tu i teraz, jest bezpieczne, wygodne i przyjemne jak nigdy. I że jest dużo lepiej niż mogłoby być. Więcej powiem: jest dużo lepiej niż na to zasługujemy! Tylko że patrząc na twarz człowieka na ulicy Wrocławia można by pomyśleć, że żyjemy już wszyscy w piekle. A Wrocław i tak najbardziej pogodné miasto w Kraju Dziadów. Zapytał mnie Damian: "mając to wszystko w pamięci, czemu ciągle marudzisz, żeby już przyszedł koniec świata?" A no właśnie, marudzę. Dlatego, że obecny świat ma poważne wady, a koniec tego świata oznacza początek innego świata. A ten inny świat zacznie się od selekcji. Ludzie co są szczęśliwi, się uśmiechają, współczują, kochają, bawią i są odważni pójdą w jedno miejsce. A Polacy pójdą w drugie. I Niemcy. I Ruscy. Kluczowe w tym wszystkim oczywiście jest: nie być Polakiem, Ruskiem i Niemcem, tylko być człowiekiem. I doszliśmy do miejsca, w którym ci co nic nie zrozumieli, przypomną sobie nagle, że są patriotami i zaczną pisać soczyste komentarze na mój temat. A piszcie sobie. Przynajmniej oszczędzacie mi czasu, od razu wiem kogo wyrzucić. Mieć przyjaciół analfabetów - chętnie, ale mieć przyjaciół agresywnych analfabetów - nigdy. No ja nie muszę czekać z selekcją na koniec świata. Dlatego marzę sobie o końcu świata, bo ten świat zmusza mnie do izolacji. No nie mam złudzeń. Dla mnie osobiście życie według przyjętych polskich standardów to jest tortura. W Polsce wręcz wymaga się ode mnie, żebym do nikogo się nie odzywał, nie szukał kontaktu, nie patrzył nawet. Sam język polski jest problemem, ten język w ogóle się nie nadaje do rozmawiania. To jest język stworzony do pisania podań i wypracowań. Ewentualnie elegii i eposów. Jak się tu na ulicy odezwać, kiedy każdy człowiek nie dość że obcy to jeszcze pan? Jak tu powiedzieć "cześć, jak leci" do wielkiego pana? Zresztą wystarczy na gębę popatrzeć, żeby wyczuć, że pan wcale nie chce, żeby się do niego ktokolwiek odzywał. Pani też nie. Pani to jeszcze gorzej, bo obowiązuje jakiś niepisany kodeks, że odzywać się wolno tylko do ludzi w tym samym wieku. Aż się dziwię, że w ludzie w Polsce nie chodzą z numerkiem wypisanym na czole, to by wiele ułatwiło. Generalnie zachodnie społeczeństwa wszędzie takie są. Ludzie spodziewają się, że będziesz żył według scenariusza, bo bogactwo prowadzi do samowystarczalności, a samowystarczalność osłabia więzi społeczne. Ale nie wszędzie ludzie są agresywni, kiedy nie podpadasz pod normę. W Hiszpanii cię zignorują, w Anglii uznają za ekscentryka, a w Stanach to się nawet nie zdziwią, bo tam jest scenariuszem życie bez scenariusza. Prędzej się zdziwią, jak zapytasz "jak się tutaj ubiera" albo "co się tutaj je". Pewnie dlatego tylu Polaków mówi, że oni w Ameryce to by żyć nie mogli. Na zachodzie odchył od normy jest prawem, w Polsce za to należy się pogarda. Odbijają to sobie ludzie w internecie, gdzie wyjęci spod tych wszystkich zasad i norm, udzielają sobie pełnego prawa do traktowania każdego jak szmatę. Z jednej skrajności w drugą. I powtarzam: wszędzie się to wszystko zdarza. Ale w Polsce to jest powszechna, akceptowana społeczna norma. Takie są po prostu zasady normalnego życia. Więcej: to jest część polskiej tożsamości. Więc gdybym zawołał: "uśmiechajcie się więcej, Polacy!" to ktoś zaraz odpowie "spierdalaj, tu nie Ameryka". I wszyscy będą bić brawo: dobrze pajacowi powiedział. Tu jest Polska, dostosuj się. Może już przywykłeś. Może ci wszystko jedno. Może nie zdajesz sobie sprawy, że da się inaczej. Może kochasz żyć w nieszczęściu i przygnębieniu. A może samotność w Polsce jest obowiązkowa. Nie wiem. I nie jest to aż tak ważne, jak sugeruje modna psychoanaliza: ja z tych co wolą wziąć i wyleczyć niż rozmawiać latami o tym gdzie się tą kiłę zaraziłeś, co wtedy czułeś i czy twoja mama też kiłę miała. Więc koniec świata mnie trochę kręci, przyznaję. Bo ten świat dzisiejszy jest całkiem w porządku, bardzo mi tu miło i przyjemnie. Tylko z ludźmi problem. Czyli: teraz jest dobrze. A potem będzie dużo lepiej. Większość pewnie by powiedziała: "co Pan pieprzysz? Jest źle a będzie dużo gorzej". I właściwie będą mieć rację. No patrzcie, jaka nierówność społeczna. Aż człowiek czuje, że powinien coś doradzić. To może tak: cierp, narzekaj i ubolewaj, tak jak do tej pory. Że życie jest źle, że wszyscy ludzie cię chcą okraść, że Bóg nas wszystkich nienawidzi ale ciebie najbardziej. Acha, i koniecznie szukaj winnego, bo to najważniejsze. I pamiętaj: wszyscy mogą być winni, oprócz jednej osoby. A zresztą co mnie to obchodzi? Co ja się będę przejmował ludźmi, co mają twarze z betonu i każą mówić do siebie "Pan". W przyszłym świecie ponoć będzie tylko jeden Pan. I to też jest dobry powód, żeby niecierpliwie czekać na koniec świata.
1
84
Słuchajcie... Jest ciepło. Nie ma głodu, jest co jeść, i to nawet rzeczy które rosną po drugiej stronie planety. Wolno wyjść na ulicę i chodzić wszędzie gdzie się chce. Bez kagańca i bez masek gazowych. W 1962 było blisko, ale do wojny nuklearnej nie doszło, więc radioaktywnych obszarów planety prawie nie ma. Nie ma epoki lodowcowej, dziura ozonowa nie spaliła ziemii. Soylent green nie jemy. Technologia to istna magia, zwłaszcza w dziedzinie komunikacji. Większość pisarzy SF nie przewidziała tego w najbardziej optymistycznych scenariuszach, a my to mamy pod ręką. Każdy ma w kieszeni komputer z całą wiedzą ludzkości dostępną prawie za darmo. Mamy dostęp do wszystkich książek świata i natychmiastowy kontakt z przyjaciółmi. Rośliny pięknie rosną, ptaki pięknie śpiewają, piwo pięknie się pieni. Chmury białe, niebo niebieskie, trawa zielona. W skrócie, kiedy popatrzeć na to jak mogłoby być źle, jest dziś cudownie, fantastycznie, niewiarygodnie. Żyjemy w raju. Mając więc to wszystko w pamięci, pytam was, Polacy: dlaczego na ulicach straszycie takimi przygnębionymi, zaciętymi, smutnymi mordami?
1
1
67
Czy są na sali katolicy? Jak są, to słuchajcie: Watykan ma dla was prezent. Nowy grzech! Wszyscy się powinni ucieszyć, bo nic tak nie kręci katolika jak grzech. A tu, proszę bardzo, nowy do kolekcji. Jest to grzech przeciwko ekologii. Jak się okazuje, Jezus umarł nie tylko za ludzi, ale również za planetę. Widocznie planeta srogo nagrzeszyła. Na ratunek przychodzi kościół i powiada: teraz kupowanie niepotrzebnej komórki to jest grzech, bo generuje elektroniczne śmieci, a jak są śmieci to wszyscy czujemy, że się to Bogu nie podoba. Tyle, że dotąd nie było jasne, pod który przepis to podpada. Papież pospieszył więc wiernym na ratunek i dodał do Kodeksu Religijnych Przestępstw i Wykroczeń jasną definicję. Grzech ekologiczny już obowiązuje, można się spowiadać. Wypowiedział się na ten temat w TOK FM ksiądz Paweł Gużyński, zwany też ojcem. No nie przeze mnie zwany, bo mi Jezus zabronił nazywać zwykłego człowieka "ojcem". Ale cieszę się, że inni mogą. Katolicy mają ten luksus, że jednocześnie mogą się nazywać chrześcijanami, a nie muszą słuchać Jezusa. No ja nie mam. Przepraszam. Ten Paweł Gużyński pochwala powstanie nowego grzechu. Co mu się chwali, bo nie po to się jest w mafii, żeby ją krytykować. Powiada też jednak, że ci, co krytykują nowy wynalazek, to są twardogłowi. A "dla twardogłowych zawsze wszystko pachnie liberalizmem, lewactwem i tego typu historiami". I z tym się już nie mogę zgodzić. Może i ma rację uważając, że dla wielu katolików źródłem krytyki jest ich obsesyjne szukanie we wszystkim lewaka. Ale ja bym wziął pod uwagę, że jest wielu innych, dla których źródłem krytyki jest obsesyjne szukanie we wszystkim Jezusa. I tym ostatnim może nie pasować koncepcja, że Jezus umarł za planetę i że jej ekologiczna czystość interesuje go w tym samym stopniu co duchowa czystość człowieka. No na przykład mi nie pasuje. A ja nawet nie jestem katolikiem. I mam problem w tym, że taki Paweł, zwany ojcem, nie bierze pod uwagę, że wierzących w kościołach może jeszcze w ogóle interesować Jezus, a nie tylko polityka. I że dla ludzi zainteresowanych tym Jezusem grzech nieprawidłowej segregacji śmieci jest niefajny, bo stawia na równi to, co śmiertelnie poważne, z tym co aktualnie modne. No więc ja rozumiem, że jak ktoś do zabójstwa, kłamstwa i kradzieży dorzuca puszczanie bąków, to ktoś może się denerwować. I to wcale nie dlatego, że mu nagle lewakiem zajechało, tylko dlatego, że mu właśnie poważną religię rozwodnili. Ale Paweł Gużyński widzi to inaczej: "jak ktoś sobie zryje berecik różnymi ideologiami, to potem z najbardziej podstawowych chrześcijańskich rzeczy wychodzą mu różnego rodzaju dziwactwa, które z przekazem ewangelicznym nie mają nic wspólnego". Fakt, może tak być. Nie żebym bronił różnych ideologii, ale ja bym się bardziej martwił o ideologię pod tytułem: intelektualna wyższość kleru nad plebsem. Ona, mam wrażenie, ryje berecik dużo bardziej niż inne, skoro ktoś uważa grzech ekologiczny za przekaz ewangeliczny, a jej krytykę za dziwactwo - czyli dokładnie na odwrót niż człowiek myślący zwyczajną logiką. Bo ja znam Ewangelię całkiem nieźle i nie znalazłem tam nic, co by w najmniejszym stopniu uzasadniało "grzech przeciwko ekologii". Za to widzę wyraźny wątek dotyczący grupy religijnych intelektualistów przekonanych o swojej wyższości, których Jezus często krytykował. Oni też mieli wybitny talent do wymyślania nowych, ciekawych grzechów. Radziłbym się tym trochę przejąć. Ale to tylko propozycja. Ostatecznie: nie mój kościół, nie moje grzechy. Miłych spowiedzi, bawcie się dobrze.
62
W środowiskach chrześcijańskich, lub ogólniej w środowiskach tzw. "dobrych ludzi" było kiedyś popularne martwienie się o innych. Dobry człowiek, zwykle żyjący bogatym i bezpiecznym życiem, przychodził do kogoś żyjącego mniej bogatym i bezpiecznym życiem, robił przejętą minę i mówił: martwię się o ciebie. Ewentualnie mówił o tym drugiemu bogatemu, żyjącemu bezpiecznym życiem. Wtedy obaj się martwili. Znam to zjawisko dobrze, bo byłem nieraz adresatem. Martwienie się popularnym dobrym uczynkiem, bo ma trzy wspaniałe zalety. Pierwsza: od razu czujesz, że jesteś dobrym człowiekiem. Druga: możesz zaspokoić swoje rodzicielskie instynkty. Trzecia: to nic nie kosztuje. Szybko się zorientowałem, że kiedy ktoś z kościoła zaczyna się o mnie głośno martwić, jest to zwykle preludium do drugiego etapu. Drugi jest znacznie bardziej irytujący, a nazywa się: przypierdalanie się w duchu miłości. W skrócie: dobry człowiek żyjący bogatym i bezpiecznym życiem, zaczyna ci mówić, jak masz żyć. No bo, jak już ustaliliśmy, się o ciebie martwi, a to mu daje nieograniczone prawo do wtrącania się w twoje życie. Na pewno wiesz, o co chodzi. Twoja mama ciągle to robiła. Sęk w tym, że dobry człowiek żyjący bogatym i bezpiecznym życiem, nie tylko nie jest twoją mamą, ale zazwyczaj w ogóle cię nie zna. Co prawda spotkaliśmy się parę razy, ale nic z tego nie wynika, bo na tych spotkaniach gadał tylko o sobie i jeżeli w ogóle zadał jakieś pytania, to w celu przyszłych korekcji. Są to pytania w stylu "jak często czytasz Biblię" lub "ile razy w tygodniu robisz sobie dobrze", i od razu wiadomo, co przyjdzie po tych pytaniach. Pierwszy etap: martwię się o ciebie. Drugi: ty musisz żyć tak, jak ci mówię, bracie, przyjacielu, najdroższy, kochany. Zmień się. Żebym się nie musiał martwić. Synu. Jako że jestem niereformowalnym bucem, nie byłem w ogóle wdzięczny za pełne miłości wyrazy matczynej troski i zmartwienia. Czasem odpowiadałem dyplomatycznie. Czasem nie. Ale zawsze odbierałem zmartwienia jako sygnał, że widocznie coś robię dobrze, skoro dobrzy ludzie się do mnie dopierdalają. Inaczej zostawiliby mnie w spokoju. No bo tak to działa: jak nic nie robisz to ci dadzą spokój. Jak zaczynasz żyć za bardzo po swojemu, zaczynają się o ciebie martwić. I lepiej wtedy uważaj. Bo od "martwię się o ciebie" do "ukrzyżuj" jest krótsza droga niż ci się wydaje. No ale rozumiem ich. Dobry człowiek żyjący bogatym i bezpiecznym życiem też ma swoje potrzeby. Lubi się pomartwić po ojcowsku. Zwłaszcza jak nie ma własnych dzieci. Albo jeżeli kiedy miał, ale niezrozumiale uciekły spod skrzydeł jego miłości. Wtedy może się zdarzyć, że chodzi biedak po świecie i szuka o kogo by się tu pomartwić, komu by tu doradzić, jak żyć. Poza tym martwienie jest fantastycznym sposobem na dobre uczynki niskim kosztem. Przecież każdy przyzna, że o wiele łatwiej się martwić o bezdomnego, że nie ma gdzie mieszkać, niż mu kupić dom, prawda? No można by, powiedzmy, odwiedzać co tydzień chłopa, któremu się żona puściła i odeszła, coby mu ulżyć w samotności. Ale wiecie ile to roboty? Jak to męczy? Ani to tanie ani przyjemne. Czy nie prościej i taniej się o niego pomartwić? No pewnie, że prościej. Trzeba zrozumieć człowieka. Nie wymagajmy od dobrych ludzi radykalnych działań. Nie bądźmy Jezusami. To też ja nie wymagam. Kiedy akurat jestem biedny, bezdomny, samotny, przeciążony, przyjdzie ktoś dobry czasem powiedzieć, że się o mnie martwi. Wtedy pomyślę sobie: właściwie mógłby zostać patronem, wynająć mi mieszkanie, wpaść na brydża w sobotę albo pomagać mi w projektach. A on woli się zamiast tego martwić. Ale potem sobie przypominam, że co ja w ogóle gadam? Przecież to dobry człowiek jest. Moralny. Szanowany. Chrześcijanin. Z kościoła. I wtedy sobie przypominam, że od dobrych, szanowanych, moralnych ludzi z kościoła należy wymagać tyle, ile oni wymagają sami od siebie: absolutnie nic.
68
Mam myszę Logitech MX Master 3S i ją lubię. Droga. Dobra. Wszystko ma dobre, słuszne, godne i sprawiedliwe. Poza jedną, wyjątkowo upierdliwą rzeczą, która się notorycznie psuje. Okazuje się, że ten model jest słynny z tego, że mikroprzełączniki (to takie małe coś w środku, co łączy dwa druty kiedy klikniesz w przycisk) zaczynają się kaszanić po 14 miesiącach używania. Kiedy mnie dopadło to zjawisko po raz pierwszy, to zachowałem się jak prawdziwy Człowiek Zachodu: wziąłem i wyrzuciłem. I kupiłem sobie inną. To się chyba nazywa w Polsce: godne życie. Bardziej są to skutki przemiany wewnętrznej człowieka, emigracji wewnętrznej z Kraju Dziadów i Dziadostwa. Krakowski sknera bowiem nigdy nie wyrzuca. Jak coś przestaje działać, to wrzuca do wielkiego pudła w piwnicy z napisem "może się kiedyś przydać". No a ja wyrzuciłem, bo krakowskości nie ma już w duszy mej. Ta nowa mysza w porównaniu z Master 3S była marna, więc ją oddałem i kupiłem nowy egzemplarz, dokładnie taki sam. Ostatecznie to podstawowe narzędzie pracy, biorę najlepsze jakie jest. I parę dni temu musiało widać upłynąć kolejne 14 miesięcy, bo prawy przycisk zaczął nie stykać. Ale teraz, kiedy postanowiłem żyć w warunkach umiarkowanej biedy, reaguję inaczej. Liczę. Z obliczeń mi wyszło, że % myszy jest sprawna. Jak to policzyłem? Część, która się zepsuła kosztuje 1zł, a że cała mysza 300zł. Oczywiście przeciętny człowiek może się na to tylko wkurzać w internecie i wylewać żale przeciwko złym korporacjom, że przez jedno słabe ogniwo całe urządzenie się do niczego nie nadaje, ale ja nie jestem przeciętnym człowiekiem. Po pierwsze wiem, że nie poradzisz ani na prawa fizyki ani na limity ekonomii, a po drugie jak mam licencję na budowanie 1000W nadajników radiowych, to tym bardziej potrafię wylutować jeden przełącznik. Więc tak zrobiłem. Nie było to proste. Przełączniki na wymianę udało się kupić wystarczająco podobne, ale potem odkryłem, że moja jedyna lutownica z Anglii gdzieś mi zaginęła w poprzeprowadzkowych pudłach. Jak ją w końcu znalazłem to zorientowałem się, że ma brytyjską wtyczkę. Przystąpiłem do operacji, ale nie było łatwo. W pokoju, w którym tymczasowo trwam, jest ciemno jak między pośladkami mniejszości etnicznych, więc lutowałem z umiarkowanym użyciem wzroku. Nie wiem, może dla pokolenia Ż, Ź i CH to są rzeczy wymagające studiów inżynierskich, ale ja, prymityw, lutowałem sobie różności jak miałem 10 lat. Jak miałem 12 to malowałem płytki drukowane i wytrawiałem je potem kwasem solnym. W moim świecie to nawet nie są umiejętności - to jest zabawa. Pacjent po operacji szybko wstał. Żyje i ma się dobrze. Ciekawe jak długo pożyje tym razem. W razie czego kupiłem 20 sztuk tych przełączników. Mniejszych ilości nie sprzedają. No i w związku z tym taka prośba jest, tudzież propozycja: jeżeli miałeś kiedyś cierpiącą na klawiszową czkawkę myszę Logitech Mx Master 3S a jesteś z Krakowa, to sięgnij na strych i przyślij mi ją, co? Spójrzmy prawdzie w oczy: ty i tak nic już z nią nie zrobisz, a ja mogę naprawić i ktoś sobie tanio kupi dobry, sprawny sprzęcik. A jeżeli jesteś Człowiekiem Zachodu i zarabiasz tyle, że szkoda ci czasu na jakieś tam myszy, to też mi ją przyślij zamiast wyrzucać do kosza. Ewentualnie daj namiar na ten kosz. Ewentualnie jak masz myszkę chorą na niestykanie, to wpadnij do mnie jak będziesz we Wrocławiu. To ci wymienię po taniości te przełączniki na nowe. Bo mi jeszcze 16 sztuk zostało. Ekonomia i technologia zrobiły swoje przez te lata: mniej jest dzisiaj rzeczy, które opłaca się naprawiać, mniej jest rzeczy, które w ogóle da się naprawić. Ale czasem się da, czasem ma to sens, i fajnie. Bo faktycznie to głupie uczucie wyrzucać stare i kupować nowe, w sytuacji kiedy % starego jest w pełni sprawne.
2
1
100
Ludzie mi teraz masowo gratulują, że kupiłem sobie mieszkanie. Czuję się z tym nieswojo. O co im chodzi? Co tu jest do gratulowania? Jak bym wygrał wyścig, zajął pierwsze miejsce w konkursie szachowym, zrobił arcydzieło muzyczne - to rozumiem. Praca, wysiłek, ryzyko i wybitne, unikalne osiągnięcie. Standardy się musiały bardzo obniżyć, jeżeli teraz gratuluje się człowiekowi, że sobie coś kupił. Na Allegro też wysyłają gratulacje za każdym razem kiedy uda ci się coś wsadzić do koszyka? Czuję się jak dziecko, nad którym się ktoś zachwyca, że piękną kupkę chłopczyk zrobił. Prowadź najdłużej istniejący polskojęzyczny podcast - nikt nic nie powie. Zdasz trzy trudne egzaminy w Anglii zakończone licencją radiową - żadnych gratulacji nie będzie. Ale kup mieszkanie gdzieś w kącie Wrocławia i kolejki się ustawiają do gratulacji. Każdy, kto usłyszy "mieszkanie", zaraz mi gratuluje. Natychmiast. A czego? A chj wi. Że kupiłem. Nawet notariusz mi gratuluował, co już jest czystym idiotyzmem - bo to tak jakby sędzia na meczu, gratulował zawodnikom, że zdecydowali się zagrać albo kelner klientom, że zjedli. Co my jesteśmy wszyscy dziećmi? Kupno mieszkania jest żadnym osiągnięciem. Ani to unikalne, ani wybitne, ani niezwykłe. Czy świadczy o człowieku? Rzadko. Ewentualnie może o tym, że kogoś stać na podejmowanie ważnych decyzji życiowych. W moim przypadku może to świadczyć o tym, że sam sobie na to zapracowałem, a nie jak wszyscy w spadku albo na kredyt. No ale przecież nie tego mi gratulują, że byłem mądry w inwestycjach i kompetentny w zawodzie. Nie, o to nawet nie pytają. Gratulują mi, że kupiłem. Wszystko jedno co, po co, za co i jak. Ja myślę, że to są gratulacje typu "osiągnąłeś właśnie główny cel życia współczesnego człowieka, gratuluję". Myślę, że posiadanie nieruchomości to dziś społeczny wyznacznik wartości człowieka. Gratulując mi, przypominają mi więc, że teraz już "należę do bandy". Że jestem jak oni, ci lepszego sortu. Gratulacje takie mają potwierdzić, że wszyscy biorą udział w grze w "zdobądź mieszkanie" a ja właśnie zdobyłem wyższy level. Jeżeli dobrze zgaduję, jeżeli o to właśnie chodzi, to weźcie wy się odpierdrolcie, dobrze? Nie gram z wami. Gratulujcie sobie sami, miernoty życiowe, jeżeli uważacie, że posiadanie nieruchomości czyni człowieka, i że to jakiekolwiek osiągnięcie warte uwagi. W moim świecie mieszkanie to jest konieczność, potrzeba życiowa, taka sama jak papier toaletowy. Tyle że droższa. Nie istnieje żaden prestiżowy "klub posiadaczy nieruchomości" tak jak nie istnieje "klub posiadaczy papieru toaletowego". A gdyby nawet istniał, to śmiałbym się z niego, bo to głupie. Składanie sobie i innym gratulacji za rzeczy, które nie wymagały wysiłku, odwagi, konsekwencji, siły charakteru, to odwieczny sposób miernot życiowych na podnoszenie swojej wartości w oczach innych miernot życiowych. Jeżeli więc człowiek głęboko wierzący w nieruchomości gratuluje mi teraz zakupu mieszkania, to ja to odbieram jako sygnał, że widzi we mnie pokrewną duszę. Niech się więc taki ktoś nie spodziewa, że ja mu za taki zaszczyt inkluzywności podziękuję. Jeżeli mam lepszy humor to zapytam "czego ty mi człowieku gratulujesz". A jak bardzo zły, to i nie wykluczam że w ryj dać mogę dać. Jeżeli chcesz mi pogratulować to wybierz sobie coś lepszego. Na przykład: - że przez te wszystkie lata nie zostałem alkoholikiem i palaczem, jak mój ojciec (bo to wymagało silnej woli) - że kiedyś wlazłem do Adriatyku i zacząłem w nim pływać (bo to wymagało przełamania traum) - że zdobyłem najwyższy poziom licencji krótkofalarskiej w Anglii (bo to wymagało uczenia się trudnych rzeczy) - że nigdy nie wziąłem pożyczki (bo to wymagało samokontroli) - że podcastuję po polsku najdłużej na świecie (bo to wymagało wytrwałości) - że parę milionów ludzi zna moje piosenki (bo to wymagało lat ćwiczeń) A kupienie mieszkania - ch*ja wymagało. Poza tym i tak gdzieś muszę mieszkać, wynajmowanie jest drogie, a samo mieszkanie to nora, nie willa. Zamiast głupio gratulować, przyjdź do mnie z rolką i farbą, będziemy malować ściany. Nie gratuluj mi takich dupereli, bo to poniżające. Dla ciebie, nie dla mnie. Przecież to o twoich standardach świadczy, nie moich. Ja sobie nie gratuluję że coś kupiłem. Nie mam pięciu latek. I - wybacz mi proszę - ale tobie też nie pogratuluję, jak sobie kupisz dom. Pogratuluję ci, jak go sam zbudujesz. Nie pogratuluję ci, że kupiłeś motocykl. Pogratuluję, kiedy nim przejedziesz dookoła świata. Nie pogratuluję, że se zrobiłeś dziecko. Pogratuluję, jak je wychowasz. I to najlepiej na takiego człowieka, który sobie i innym gratuluje osiągnięć, a nie zakupów. No a jeżeli społeczeństwo uważa, że moje życiowe osiągnięcia nie są warte gratuluacji, natomiast zostanie posiadaczem nieruchomości jest ich warte, to nie widzę problemu. Jeżeli takie jest społeczeństwo, to nie warto się nim w ogóle przejmować.
1
110
Uważam, że fascynacja stuprocentową męskością czy kobiecością jest niezdrowa. I chyba trochę głupia. Bo to tak, jak by chwalić piwo za to, że zawiera 100% alkoholu. Stuprocentowe piwo? No gratuluję osiągnięcia, ale co z tego. Przecież tego się nie da pić! Analogicznie, stuprocentowy mężczyzna byłby nie do zniesienia w realnym życiu, i tak samo stuprocentowa kobieta. Ludzie, to są mocne rzeczy. Takie coś to trzeba rozcieńczać, a nie chlać stężone jak alkoholik spirytus. No, więc jak widzisz w sobie cechy innopłciowe, albo nie pasujące do obrazu typowej stuprocentowości, to się właśnie ciesz! Bo to znaczy, że jesteś dobry do picia i masz dobry smak. A jeżeli czujesz, że ci blisko do stuprocentowości, to nie wiem, rozcieńcz się czy co? Bracia Figo-Fagot to są śmieszni w piosence "Heteromagnes", ale nie jak się z nimi mieszka.
1
1
69
Jak chodzi o dom, to są dwa podejścia: męskie i kobiece. Podejście męskie mówi: najważniejsze, żeby wszystko działało. Kobiece podejście mówi: najważniejsze, żeby było ładnie. No i oczywiście, że mężczyzna jak wejdzie do domu kobiety, to łapie się za głowę i zaczyna naprawiać, a kobieta jak wejdzie do domu mężczyzny to łapie się za głowę i zaczyna sprzątać. I to jest przepiękne, że jesteśmy inni. Tak to stworzono i ja bym tego nie zmieniał. Bo to urocze. A do tego daje powód, żeby się w ogóle zadawać z tą drugą płcią. I jak się czasem komuś uda połączyć w parę i obronić się przed chęcią, żeby zmieniać mężczyznę w babę a kobietę w faceta - to mamy szansę na dom idealny. Nie dość, że wszystko działa, to jeszcze ładnie pachnie. Nie jest to popularne, nie jest to oczywiste, ale jest możliwe. Sprawdziłem. Fajnie działa. No ale ja chciałem o czym innym: odkryłem, że w Polsce występuje jeszcze trzecie podejście. No bo po polsku są trzy rodzaje: męski, żeński i niejaki. I to jest właśnie to podejście nijakie. Składa się ono z braku męskości i braku kobiecości jednocześnie i mówi tak: najważniejsze, że nic nie jest najważniejsze. I wtedy powstaje dom, który ani nie wygląda ani nie działa. Wersja nijaka. Że tak jest, to widziałem. Tylko nie całkiem rozumiem jaka filozofia za tym stoi. Bo Mężczyzna naturalnie lubi jak wszystko działa i jest sprawne - to rozumiem. Kobieta naturalnie lubi jak jest pięknie i porządek - to też rozumiem. Ale co lubi Nijakista? Jakieś pomysły?
1
99
Dziś rano obudziła mnie mucha. Ewidentnie szukała bliskości. Być może się zakochała. Już wczoraj wieczorem zaczęła się mną poważnie interesować. Zły dotyk. Było tak rano, że jąłem (wspaniałe słowo: jąć) się zastanawiać: czym się różni dziewczyna od muchy? To oczywiście idiotyczne pytanie, bo odpowiedź jest oczywista: dziewczyna ma cycki. Nie dajcie się skusić temu pytaniu, bo jest bez sensu. Co prawda są pewne podobieństwa, jak upierdliwy egocentryzm, brzęczenie nad uchem oraz (wśród młodszych pań) niezrozumiały pociąg do wszelkiego gówna, ale różnice są tu jednak kluczowe. Była tak upierdliwa, ze stworzyłem nowe przysłowie: co masz zabić jutro, zabij dziś. Niewiarygodne, że dalej tu lata. Zupełnie jakby nie wiedziała co ją czeka. Z drugiej strony, może coś wie? Jutro jest szansa na koniec świata, więc chce se fajnie pożyć przed końcem. To nie taki zły pomysł. Jak na muchę to całkiem niegłupia. Dobra, może się jeszcze zastanowię. W sumie fajnie mieć towarzystwo. Nie ma dziewczyny to będzie mucha. Cieszmy się z tego co jest.
1
2
98