Pamiętam jak graliśmy przeciwko Wiśle w CLJ, to Arek Kasia miał rzut wolny z 20 metra. Ustawił się na prawą nogę, ja ustawiłem mur, a on wtedy się przestawił na lewą i prawie mi wcisnął.
Arka dostanie karnego tylko wtedy jak jej piłkarza postrzelą w polu karnym. Chociaż i to nie jest gwarantem, gwizdki dałyby radę to wytłumaczyć.
To jest przykład o czym ostatnio rozmawialiśmy @elgrabowski, intensywność wynika z jakości piłkarskiej zawodników. Ci w środku to po jednym takim wejściu nie wiedzą jak się nazywają
Mati Michniewicz retweeted
Szanowny Marcinie @BorskiMarcin ,
naprawdę jest tyle spraw bieżących oraz systemowych, które można i należy krytykować (zapraszam do drugiej części mojego wpisu), że nie bardzo rozumiem, czemu, nie bacząc na fakty, wybrałeś na cel "ataku" akurat mój merytoryczny komentarz dotyczący "ręki podpierającej". Otóż rzecz ma się następująco:
- to, co wyjaśniłem w swoim wpisie (załączam go ponownie) to nie są żadne, mityczne "ustalenia z Bełchatowa", tylko cytaty z Przepisów, wytycznych The IFAB oraz materiałów szkoleniowych FIFA.
- kryteria oceny, czym jest ręka podpierająca i kiedy jest, a kiedy nie jest przewinieniem (a więc czy znajduje się pionowo pod ciałem oraz czy wynika z walki o piłkę czy interwencji blokującej dośrodkowanie lub strzał) były komunikowane, w ramach procesu licencyjnego, klubom Ekstraklasy oraz 1. Ligi co najmniej dwukrotnie w ostatnich sezonach. Nie jest zatem, w tej konkretnej sprawie, prawdziwy Twój zarzut, że nikt nic nie wiedział i wyjaśnień dokonano post factum.
Ponieważ jednak "tylko prawda jest ciekawa" muszę też wrzucić kamyczek do swojego ogródka, robiąc to publicznie, bo tak rozumiem dyskusję o polskim sędziowaniu, w przeciwieństwie do osób, które anonimowo karmią dziennikarzy wyrwanymi z kontekstu, wygodnymi dla narracji wrzutkami.
- Kamyczek pierwszy, najważniejszy: Pan @PertkiewiczW wystosował, swego czasu, po jakiejś ważnej decyzji sędziowskiej lapidarny, ale bardzo ważny, apel brzmiący "edukujcie nas" (cytując z pamięci). Ten apel ujęty był w kulturalny sposób (i pozostał zapewne bez odpowiedzi), ale przesłanie było jasne i oczywiste: środowisko piłkarskie oczekuje od sędziów przejrzystej, kompleksowej i zrozumiałej wiedzy dotyczącej naszej pracy: jakie są przepisy, kryteria oceny poszczególnych sytuacji, na jakiej podstawie oceniane są powtarzalne kategorie zdarzeń typu ręka, kontakt fizyczny, położenie rąk na plecach etc.
Tego z naszej stony - moim zdaniem - brakuje; mimo pewnych postępów w tym zakresie nadal, jako środowisko, za mało komunikujemy się z tymi, dla których to wszystko się toczy, czyli z kibicami, piłkarzami, trenerami, klubami, mediami.
Ja uważam nawet, że powinniśmy pójść krok dalej i część tych rozwiązań wypracować wspólnie z piłkarzami, trenerami etc. Istnieją oczywiście przepisy i wytyczne obowiązujące na całym świecie, ale jednocześnie każda liga ma swoją specyfikę i ocena zdarzeń interpretacyjnych musi być osadzona w lokalnym kontekście. Kryteria oceny takich sytuacji moglibyśmy ustalić wspólnie, tak aby ich stosowanie spotkało się z akceptacją, a nie drwinami z gatunku "nie grali nigdy w piłkę a znowu coś sobie wymyślili". Sędziowie nie mogą być jakąś wewnętrzną kastą arcykapłanów, wąskim kręgiem osób posiadających wiedzę tajemną.
I dopiero w tym kontekście mogę zgodzić się z krytyką "ustaleń z Bełchatowa", one same w sobie są ważne i potrzebne, jednak powinny być:
- wypracowane wspólnie ze środowiskiem
- jasno zakomunikowane, spisane, ogłoszone całemu otoczeniu
- dotyczyć tylko spraw nieuregulowanych wyżej, czyli przez Przepisy Gry, FIFA i The IFAB
- Z powyższym wiąże się kamyczek drugi. Nasze kryteria oceny muszą być proste, możliwe do stosowania i wymierne. Nie powinniśmy stosować, ani na boisku ani w komunikacji zewnętrznej określeń typu "twarda, męska gra"; pod taki slogan każdy może sobie podłożyć dowolne oceny, dla każdego z nas ta "męska gra" może oznaczać co innego. To muszą być sterylne, techniczne podstawy do podjęcia decyzji.
Biorąc za przykład sytuację z ostatniego meczu Cracovia - Legia: każdy kibic w Polsce powinien wiedzieć, jak sędziowie mają obowiązek oceniać takie sytuacje, czyli na czym polega nadepnięcie (siła skierowana w dół, na stopę rywala), na czym podstawienie nogi (ruch wykonany poprzecznie w stosunku do kierunku poruszania się nóg rywala) a na czym dozwolony kontakt stóp poruszających się zawodników.
"Męska gra" nie ma tu nic do rzeczy i tylko miesza w głowie naszemu otoczeniu oraz daje pretekst do ataków, podejrzeń, a nawet insynuacji.
[W ramach edycji posta uzupełnienie: nie podważam oficjalnej oceny Kolegium Sędziów, dla mnie ta sytuacja to też nie jest przewinienie, natomiast kluczowe jest, żeby kibice wiedzieli dlaczego, żeby "świat futbolu" mógł oceniać, czy te same kryteria są przykładane do tego typu sytuacji w kolejnych meczach]
- Kamyczek trzeci. Ja jestem sędzią (asystentem, dopisek konieczny, aby ważniejsi ode mnie koledzy się nie obrazili) zawodowym, więc mnie to nie dotyczy, ale mamy czwartek i do południa większość sędzi oraz sędziów niezawodowych nie wiedziała, czy została obsadzona na któryś mecz rozgrywanego już we wtorek Pucharu Polski.
To oznacza, że będą musieli wszystko organizować na ostatnią chwilę: urlop w pracy, opiekę nad dzieckiem czy inne sprawy rodzinne. A to wszystko w tygodniu poprzedzającym Święto Wszystkich Zmarłych, czyli wyjazdy w strony rodzinne (i kolejne mecze).
To pewnie z perspektywy zewnętrznej drobna rzecz, ale wśród "sędziów amatorów" potęguje zmęczenie, zniechęcenie i przeszkadza w tym, aby wyjść później na boisko z czystą głową. Wpływa to też na niesnaski w środowisku, w tym na anonimowe skargi w mediach. Zamiast działać wspólnie i próbować wyjść z obecnej sytuacji każdy ciągnie wózek w swoją stronę.
Tyle ode mnie, postrzelałem, jak mój ulubiony bohater "Blondie", w różne strony, teraz można strzelać we mnie, zapraszam serdecznie.
teapawt.net/TListkiewicz/status/21…
Mati Michniewicz retweeted
(DŁUGIE - DZIENNIKARSTWO SPORTOWE)
Muszę wam coś napisać o dziennikarzach sportowych, no trudno. Od dawna mi to chodziło po głowie, a jak są takie dni jak dzisiaj - gdy w ekstraklasie zmieniają się trenerzy - to wraca mi motywacja, żeby postukać w klawiaturę. Zwłaszcza, że nudzę się na lotnisku.
To są te dni, gdy dziennikarze spotykają się w programach, a także produkują masę różnych bardzo ważnych zdań na portalach czy w mediach społecznościowych. Absolutnie wszystko wiedzą, mają swój moment, żeby się powymądrzać, pooceniać, wystawić glejty fachowości. Mam o tyle prawo, aby włączyć się do takiej dyskusji, że sam byłem takim dziennikarzem i wymądrzałem się regularnie. I żebyście zrozumieli: nie jestem żadną alfą i omegą, tylko mam sto razy więcej wątpliwości, niż miałem kiedyś.
No to do rzeczy.
Chłopaki, 90 procent z was nigdy niczym nie zarządzało, a 99 procent z was - bo niektórzy zarządzali jakimiś małymi redakcjami - nie finansowało swoich decyzji (dobrych i złych) z własnej kieszeni. Jeśli wasze decyzje cokolwiek kosztują, to akurat nie was. Jesteście jako grupa zawodowa odcięci od ryzyk finansowych. Nie znacie tego pojęcia.
Zdecydowana większość z was nie jest na tyle blisko drużyn i piłki w ogóle, by zaobserwować i dostrzec coś od środka. Nie chodzicie na treningi, nie uczestniczycie w odprawach, nie jesteście częścią codziennego życia klubu. To nie wasza wina, to po prostu fakt. Chociaż nawet gdybyście chodzili na treningi - raczej niewiele by z tego wyniknęło. Nie macie wiedzy o procesach treningowych, nie macie wglądu do badań i testów zawodników, nie wiecie o jakichś drobnych sprawach (albo nie takich drobnych), z jakiego powodu ten gra, a tamten nie gra. Możecie co najwyżej zapytać jakiegoś piłkarza albo menedżera, po prostu zasięgnąć języka w środowisku, czy trener jest dobry czy zły. Wiem, bo robiłem tak samo i uchodziłem za bardzo poważnego w tej branży. Ale to są bzdury.
(Oczywiście uogólniam, ale tylko trochę)
Zupełnie inna jest perspektywa kogoś, kto po pierwsze wydaje własne pieniądze, po drugie od środka ma wiedzę o mechanizmach, o relacjach interpersonalnych, o jakichś fanaberiach. Ktoś (prezes/właściciel), kto po prostu na co dzień się z daną osobą komunikuje i zestawia to z ogólnym funkcjonowaniem organizacji, to widzi, czy coś z tego może być, czy na pewno nie.
Weźmy taki Raków. Michał Świerczewski ewidentnie musiał nie trafić z Kaczmarkiem, ale przecież jeśli podjął decyzję o jego zwolnieniu zaraz po zatrudnieniu, to wiedział, że uznacie go za kabareciarza, a może nawet nieudacznika. Wy - dziennikarze - macie problem z wycofaniem się z głupiego zdania, z nietrafionej tezy, z błędnej oceny zawodnika, bo to ujma na honorze, a taki Świerczewski za swoją decyzję zapłacił realnie pieniędzmi i reputacją. Wiedział, że w tych dwóch elementach będzie drogo. A jednak to zrobił. Widocznie miał powody. Widocznie uznał, że z czasem będzie tylko drożej.
A wy (niektórzy z was) piszecie: ale oni wygrali ostatni mecz.
Gówno kogo obchodzi, czy wygrali ostatni mecz. Mecze są co tydzień.
Biorąc pod uwagę konsekwencje wizerunkowe, to ja w sumie podziwiam Świerczewskiego, że postanowił nie oglądać się na nie, tylko przeciąć jakiś układ, uważając, że to droga donikąd. W żaden sposób nie mam zamiaru zestawiać swojego doświadczenia z doświadczeniem Michała, wręcz przeciwnie, ale sam miałem sytuację, w której wiedziałem, że ze współpracy z trenerem nic nie wyniknie, ale go nie zwalniałem, bo było mi go szkoda i też myślałem, że to będzie niepoważne (wizerunek) jak nie dam mu odpowiednio dużo czasu. A trzeba było zwalniać od razu. Straciłem czas i pieniądze. Prezes Rakowa ma doświadczenie niewspółmiernie większe i koszta niewspółmiernie większe, więc decyzje podejmuje szybciej.
W każdym razie inaczej się w piłce decyzje podejmuje, a inaczej je ocenia. Podejmowanie boli (emocje) i kosztuje (kasa), a ocenianie nie boli. Na podejmowaniu często się traci (minimalizacja strat), a na ocenianiu się zarabia (pensje w redakcji).
Jestem dość krytyczny wobec dziennikarzy sportowych, ponieważ byłem w środku i sam po sobie wiem, ile bezsensownych tekstów napisałem i bezsensownych tez wygłosiłem. Przy okazji: ten tekst nie dotyczy tak zwanych ekspertów piłkarskich, byłych piłkarzy, to osobna kategoria, tam bardzo często opinia wynika z gry interesów i interesików (inne opowiadanie), plus urażone ego. Wracajmy do dziennikarzy…
„Trener X to świetny fachowiec”. A dlaczego tak uważasz? Na ilu treningach byłeś? Chociaż na trzydziestu? Ile razy z nim porozmawiałeś, ale nie służbowo? Roztłumaczył ci w szczegółach, tylko dla twojej wiedzy, dlaczego tak, a nie inaczej? Widziałeś jakieś odprawy? Widziałeś jak funkcjonuje 1 na 1 z zawodnikami (zadowolonymi, niezadowolonymi, z kłopotami osobistymi albo będącymi na fali). Widziałeś go w sytuacji stresowej i w euforycznej? Widziałeś jak korzysta z wiedzy sztabu, jak traktuje organizację od środka? Mogłeś te doświadczenia porównać z tym, co widziałeś u innych szkoleniowców? Ilu widziałeś tak w ogóle?
„Trener Y nie nadąża, stara data”. A skąd to wiesz? Bo ma więcej lat? Zaraz też będziesz miał więcej lat i będą ci mówić, że nie nadążasz, bo masz zmarszczkę, a ktoś inny nie ma. Nie nadąża, bo co? Konkretnie? Przecież każdy z tych trenerów korzysta z technologii, każdy ma sztab ludzi do czytania danych. W czym nie nadąża? Pewnie jakiś piłkarz tak powiedział, zapewne taki, który nie trafił z formą. Nie nadąża, bo nie opowiada o półprzestrzeniach i fazach przejściowych?
To są zwykłe wyświechtane hasła.
Dziennikarze sportowi w dużej mierze to farmazoniarze. Nie wszyscy, ale bardzo wielu. Ci, którzy mają największy tupet, farmazonią w sposób najbardziej przekonujący i budują sobie mocną pozycję w środowisku. Ci, którzy mają więcej naturalnych wątpliwości, albo po prostu mniej tupetu lub charyzmy, nie są aż tak słuchani. Ale jedni i drudzy to są ludzie, którzy na piłkę nie wydali złotówki, nie prowadzili negocjacji, nie przytulili piłkarza, który zerwał więzadła, nie podziękowali trenerowi, który okazał się furiatem. I tak dalej. To jest jeden wielki farmazon. To jest ubieranie w słowa tego, o czym kibice i tak rozmawiają między sobą, z identyczną merytoryka i takimi samymi wnioskami. Żadnej tam wiedzy tajemnej, minimum fachowości. Na koniec dobry trener to ten, który się uśmiecha i odpowiada na pytania, a zły ten, który ma to gdzieś. Uśmiech to plus piętnaście punktów w sezonie.
Miałem kiedyś takie zdarzenie, że jeden z dziennikarzy się trochę napił i początkowo było przyjemnie, ale jak procenciki uderzyły to zaczął coś mamrotać do mnie, że jestem nieudacznikiem, bo nie potrafię zrobić awansu z IV ligi ze swoim klubem. Chłopie, żebym ja zrobił albo nie zrobił (zrobiłem) awansu z IV ligi do III, to najpierw musiałem zrobić z B-klasy do A-klasy, z A-klasy do Ligi Okręgowej, z Ligi Okręgowej do V ligi i z V ligi do IV ligi. To oznacza, że musiałem być na kilkuset treningach, kilkuset meczach, musiałem poznać różnych piłkarzy, różnych trenerów, różne charaktery. Musiałem zarządzić - nawet na takim poziomie - emocjami różnych osób, musiałem pójść od jednego sponsora do drugiego, musiałem zmierzyć się z jakąś liczbą nieprzewidzianych sytuacji, musiałem sfinansować dziesięć operacji i łącznie kilka lat rehabilitacji, musiałem wydać ileś tam swoich pieniędzy, a mogłem kupić sobie za to mieszkanie i to nie jedno. A ty siedzisz i pierdolisz w tych telewizjach czy w tych internetach, co trzeba zrobić, czego nie trzeba, kto jest mądry, a kto głupi. Ale jako jedyny w tej branży (w sensie: dziennikarze jako jedyni, jako grupa zawodowa) nie ponosisz żadnej odpowiedzialności. Właściciel klubu wydaje kasę, a nie musi. Trener musi utrzymać rodzinę, podobnie jak piłkarz. Jeden i drugi musi odpowiednio pokierować swoją karierą. A ty jedziesz na farmazonie. Ten zły, tamten dobry. A dlaczego? No bo tak.
I to jest prawda o znacznej części tego środowiska. Przeważającej. Są wyjątki, które wchodzą w to wszystko głębiej i widzą więcej, ale szczerze mówiąc napisałem to ostatnie zdanie tylko po to, by w razie czego komuś obrażonemu powiedzieć: „Mordo, ty jesteś ten wyjątek, o którym pisałem na koniec” :)
Uśmiechnąłem się. Dziękuję Panie Jose.
Dzień dobry, nazywam się Jacek Kurowski, jestem z Telewizji Polskiej. Na początek przesyłam duże pozdrowienia od Grzegorza Mielcarskiego.
Mourinho: Dziękuję.
Zapytam cię o twoje odczucia. Twoja druga kadencja w Realu Madryt dopiero się zaczęła, ale wrażenia medialne są takie, że ten mecz może być dla ciebie meczem o wszystko *śmiech Mourinho*. Nie wiem, jestem z zewnątrz, nie wiem jak to wygląda wewnątrz.
Polska jest daleko stąd. Bardzo daleko. Informacje mogą tam docierać w zaburzonej formie, daj spokój.
Moje pytanie to: mam wrażenie, że miesiąc miodowy w Realu Madryt się zakończył. Jaki jest twój punkt widzenia?
Miesiąc miodowy czego?
Mam na myśli miesiąc miodowy.
Wiem co to miesiąc miodowy. Pytam, co masz na myśli.
Od teraz wszyscy wymagają od ciebie tylko zwycięstw. Tylko zwycięstw.
I to jest miesiac miodowy? *śmiech* To nie jest miesiąc miodowy.
A jaki jest twój punkt widzenia?
Punkt widzenia czego?
Okej, mógłbym skonstruować pytanie w lepszy sposób. Jak się czujesz przed meczem?
Tak jak zawsze. Fantastycznie, śpię jak aniołek. Po meczu, jak zawsze, nie śpię. Potem jest nowy dzień. To wszystko. Dziękuję.
Czyli wygrała interpretacja, że jak zagrasz piłkę, to możesz zabrać przeciwnika. Zobaczymy jak długo będzie to aktualne.
🗣️ Damian Sylwestrzak, sędzia meczu Legia - Wisła Kraków o niepodyktowanym rzucie karnym dla Wisły:
- Stałem bardzo blisko tej sytuacji. Wcześniej zawodnik Legii lewą nogą idzie do piłki, blokuje ją i dotyka piłki, ciągnie ją i dochodzi do kontaktu z drugim zawodnikiem. W mojej ocenie był to kontakt niewystarczający, żeby podyktować rzut karny. Nie jesteśmy w stanie zmierzyć tej intensywności, to są rzeczy, które czasami czujemy bardziej lub mniej na boisku niż z perspektywy telewizji.
- Argumentem za rzutem karnym jest to, że dochodzi do kontaktu. Argumentem przeciwko jest to, że zawodnik idzie i dotyka piłki, w sposób naturalny ciągnie prawą nogą po ziemi i dochodzi do kontaktu - lecz pytanie jest o intensywność kontaktu i czy ma wpływ na możliwość poruszania się przeciwnika. Dla jednego będzie miało, dla drugiego nie. Ja sytuację opisałem sędziemu VAR, że w mojej opinii nie ma intensywności kontaktu. W takiej sytuacji VAR musi wziąć pod uwagę, to co widział sędzia. Tylko wtedy, gdy uważa, że doszło do jednoznacznego błędu, zaprasza sędziego do ekranu, żeby to przeanalizował.
Krakoska Piłka ⤵️
Jak to nie była najgorsza, to strach się bać co się wydarzy, jak już sie trafi ta najgorsza kolejka.
Marcin Szulc, przewodniczący Kolegium Sędziów PZPN ⤵️
🗣️ Myślę, że to nie była najgorsza kolejka w naszym wykonaniu.
Było kilka zdarzeń ważnych, czasami błędnie rozstrzygniętych. Natomiast ta kolejka, która mija, obfitowała w kilkanaście zdarzeń, które są zarówno kontrowersyjne, błędnie podjęte, jak i dobrze podjęte. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zależy, kto jakie działa będzie chciał wytoczyć i jakimi kryteriami różni eksperci będą chcieli się posiłkować.











